W PO rozpoczęło się szacowanie strat

0
158
czupryk

czuprykW szeregach Platformy Obywatelskiej toczy się spór o to, czy przetrwać ma partia czy ludzie ją reprezentujący. Partia, aby przetrwać, musi zmienić strategię i na jedynkach umieścić osoby znane z tego, co zrobiły dla lokalnych społeczności. Niekoniecznie tych rozpoznawalnych medialnie – mówi w rozmowie z portalem B2-biznes.pl Bartosz Czupryk, ekspert ds. marketingu politycznego.

Prezydent Andrzej Duda podczas uroczystości z okazji Dnia Wojska Polskiego mówił o Polsce jako o pięknym kraju, podczas gdy jeszcze niedawno zdawał się podzielać opinię tych, którzy mówili, że nasz kraj jest w ruinie. Skąd zmiana retoryki?

W każdej kampanii wyborczej, której celem jest wprowadzenie zmiany (przejęcie władzy), krytyka jest obecna i obecna być musi. Nie da się inaczej. Trzeba zwrócić uwagę społeczeństwa, poruszać tematy codziennego życia, egzystencji i zyskać przychylność ludzi strudzonych, zmęczonych codziennością, wewnętrznie rozdartych, skłóconych i zawiedzionych. I kiedy retoryka kampanii trafia do serca wyborcy dokonuje się pewna przemiana, która w przypadku obecnej postawy prezydenta zakłada okazanie wsparcia, pokrzepienia i nadziei w Polskę sprawiedliwą, nowoczesną i silną, gdzie wspiera się małych i nie boi wielkich. Obecnie prezydent przyjął właśnie taką postawę, w której elektorat chce widzieć prezydenta na miarę naszych czasów. Stąd moim zdaniem wynika właśnie ta zmiana retoryki.

W niezbyt dobrej atmosferze zaczęła się kohabitacja na linii prezydent Duda-premier Kopacz. Sytuacja przypomina trochę tę z 2007 r., tyle że wtedy to premier Tusk utyskiwał, że z winy prezydenta nie może realizować przedwyborczych obietnic. W tamtym konflikcie większość społeczeństwa była po stronie szefa rządu, jak będzie tym razem?

Tak w wyborach samorządowych, jak i prezydenckich Polacy zasygnalizowali władzy chęć zmiany na polskiej scenie politycznej. Niewiele wskazuje na to, aby trend ten się zmienił. Prawdą jest, że prezydent bez wsparcia rządu nie ma dużego pola działania. Kancelaria głowy państwa może jedynie składać projekty ustaw w parlamencie. W sytuacji odwrotnej prezydent może zawetować ustawę, wrócić ją do Sejmu albo poprosić o opinię Trybunał Konstytucyjny. W przypadku relacji między panią premier a prezydentem nie możemy mówić o otwartym konflikcie. Nie możemy nawet jednoznacznie stwierdzić, czy obecna współpraca przebiega pomyślnie, ponieważ są to zaledwie pierwsze dni nowej prezydentury. Z pewnością niechęć do ścisłej współpracy między obiema kancelariami wynika raczej z odmiennych jak dotąd poglądów politycznych oraz ambicji prezydenta w wymiarze kontroli rządu i szerszym wpływie na politykę zagraniczną. Mówiąc szczerze, nie spodziewam się zacieśnienia relacji. Prezydent nie wspiera obecnego rządu. Więcej od niego oczekuje.

Rzadko się zdarzało by nowy prezydent po objęciu stanowiska ruszał w teren. Co jest celem tych wizyt? Pokazanie, że nie jest się strażnikiem żyrandola czy pomoc w kampanii Prawa i Sprawiedliwości?

Moim zdaniem jedno i drugie z naciskiem na to drugie (śmiech). Możliwe, że prezydent, chcąc podziękować swoim wyborcom za wsparcie i głosy, udaje się w Polskę, ale zwróćmy też uwagę, że odwiedza miejsca, w których wcześniej nie był. Andrzej Duda stał się uosobieniem zmiany, a dla elektoratu PiS już jest symbolem, z którym ludzie się utożsamiają. Ten potencjał nie może się zmarnować.

Ostatnie sondaże wskazują, że Polacy wolą, aby na czele rządu stała premier Ewa Kopacz aniżeli kandydatka Prawa i Sprawiedliwości. Dlaczego sondaże partyjne są odwrotne? Wyborcy doceniają wysiłek kampanijny szefowej rządu, ale męczą ich np. konflikty przy układaniu list wyborczych PO?

Wie pan, ja wierzę w te sondaże, które robię sam. W każdej sondzie pytania można formułować dowolnie. Wyniki też różnie można interpretować. Na sondażach podawanych przez media niejeden polityk zdążył się już przejechać. Tak więc do końca nie zawierzałbym ani jednym, ani drugim. To też jest chwyt marketingowy działający na zasadzie: „w telewizji mówili” albo „większość uważa…”. To wcale nie znaczy, że tak jest albo być musi. Nikt nie będzie publikował sondaży, które nie są na jego korzyść. To proste. To jest rozgrywka. Powoływanie się na badanie ma w swojej sile zasugerować lub nawet wpłynąć na decyzję. A w kontekście list wyborczych myślę, że w szeregach Platformy toczy się spór o to, czy przetrwać ma partia czy ludzie ją reprezentujący. Proszę mi wierzyć, nikomu nie jest łatwo zmienić miejsce z wyższego na niższe. Partia, aby przetrwać, musi zmienić strategię i – moim zdaniem – na jedynkach umieścić osoby znane bardziej z tego, co już zrobiły albo robią dla lokalnych społeczności. Niekoniecznie tych rozpoznawalnych medialnie.

Układanie list w Platformie rodzi konflikty, które mogą przypominać schyłkowy okres AWS. Czy działacze PO pogodzili się z tym, że jesienią utracą władzę i zależy im już tylko na zachowaniu parlamentarnych mandatów?

Nie sądzę, żeby się z tym pogodzili kiedykolwiek. Myślę, że rozpoczęło się szacowanie strat oraz walka „o co się da”. Wystarczy dłużej się zastanowić i odpowiedzieć sobie na pytanie, jaki jest rzeczywisty powód wyjazdowych posiedzeń rządu? Ile im podobnych odbyło się w roku ubiegłym i dwa lata temu? Dla mnie fakty mówią same za siebie. Jesteśmy w dobie kampanii parlamentarnej. Politycy będą się wdzięczyć jak zwykle w tym czasie. Platforma ma wszystko do stracenia, z kolei PiS bardzo dużo do zyskania. Kto straci więcej, a kto zyska więcej? Odpowiedź nasuwa się sama.

Duże emocje budzą „jedynki” na listach wyborczych, ale w tegorocznych wyborach wielu czołowych polityków (Arłukowicz, Gowin, Ziobro) znajduje się na ostatnim miejscu listy. Czy wyjdą z tego starcia obronną ręką? Na ile atrakcyjną pozycją jest dziś ostatnie miejsce na liście?

Z doświadczenia wiem, że wybranym można zostać nawet z osiemnastego miejsca. Pierwsze miejsca z listy mają o tyle znaczenie, o ile przypisane nazwiska coś znaczą. Oczywiście otwierają drzwi nowym politykom, dając im większe szanse, ale wcale nie przekreślają tych ostatnich. To wyborca decyduje. Spory o miejsce wynikają z lęku, obawy przed utratą pozycji na scenie politycznej. Niech obawiają się ci, którzy zawiedli lub nie spełnili oczekiwań wyborcy, a nie ci, którzy z ostatniego miejsca startują. Twardy elektorat i siła oddziaływania podczas kampanii mają znaczenie.

Wielu znanych polityków w tegorocznych wyborach w ogóle nie znalazło się na listach wyborczych. W jednej z publicznych wypowiedzi powiedział Pan, że osoby te powinny zacząć odbudowywać swoją pozycję w lokalnym środowisku. Czy np. w wypadku Radosława Sikorskiego można taką sytuację sobie wyobrazić?

Proszę zwrócić uwagę na oczekiwania normalnego Polaka. Chce zarabiać więcej, płacić niższe rachunki, mieć więcej czasu dla siebie i rodziny. Nie chce słuchać rad typu: „Praca za granicą to nie ujma” albo „Praca czeka na Ciebie w Anglii”. Chce być reprezentowany przez ludzi, którzy wiedzą, co czuje, co jest dla niego ważne i jakie ma problemy. Człowiek zwyczajnie oczekuje empatii. Znaczna część Polaków czuje się zawiedziona i oczekuje wymiany polityków. To jedno. Drugie. Partia, chcąc się utrzymać w pamięci wyborcy, musi wyłaniać nowych ludzi, musi stać się modernistyczną, jeśli wciąż chce mieć wpływ na politykę. Wciąż jestem zdania, że każdy polityk, który potrafi okazać skruchę i uderzyć się w pierwsi, ma szansę na odbudowę zaufania społecznego. W przypadku Sikorskiego takiej skruchy nie widziałem. Były już marszałek woli wycofać się w cień i czekać aż ludzie zapomną, a ludzie, wbrew pozorom, szybko zapominają. Sikorski uważa się za polityka wielkiego formatu ze względu na znajomości zagraniczne i rozpoznawalność w świecie, co jednocześnie mentalnie ogranicza go w relacjach bezpośrednich z wyborcami. Być może Sikorski sądzi, że nie musi, że jest wystarczająco ważny i rozpoznawalny. Wycofanie się Sikorskiego było konieczne dla dobra partii i jej wizerunku. Nie sądzę by było to cofnięcie trwałe. Zapewne określone w czasie, ale nie całkowite. Chociażby ze względu na znajomości ze światem polityki zagranicznej i rozpoznawalność w świecie.

Nie ulega wątpliwości, że internet odegrał bardzo istotną rolę w kampanii prezydenckiej. Na ile ważna będzie jego rola przy wyborach parlamentarnych?

Podczas kampanii parlamentarnej wykorzystanie internetu – według mnie – przyjmie trzy wymiary.

Pierwszy: promocję idei, wartości, myśli i programów politycznych.

Drugi: prezentację jednostek, liderów, ludzi młodych – partyjnych następców. Tutaj widzę szansę na indywidualne działania kandydatów poszczególnych partii.

Trzeci: rywalizację polityczną i tzw. memy internautów.

Internet, a w szczególności media społecznościowe stały się doskonałym narzędziem kampanii bezpośredniej. Choć kontakt jest pośredni, informacja może być bezpośrednia. To tylko kwestia wykorzystania potencjału. Dziś internet daje możliwość prowadzenia kampanii 24 godziny na dobę. Trzeba to umieć wykorzystać. Nie bez kozery mówi się, że kto nie ma konta na portalu społecznościowym, ten nie istnieje. Zasięg takiego nośnika może być nieograniczony. Wszystko zależy od pomysłu – koncepcji, strategii i umiejętności operatora.

Niedługo minie rok od wyboru Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej. Jak zmieniła się polska polityka po odejściu byłego premiera?

Jeśli chodzi o politykę rządu, ja nie odczułem żadnej zmiany. Poza jedną, personalną. Mówiąc śmielej, koalicja rządząca straciła jedynego prawdziwego lidera w tym składzie, za którego uchodził Donald Tusk. Pani premier, mimo wysiłków, nie radzi sobie najlepiej. Nie wypada też dobrze na arenie międzynarodowej. Owszem, wkłada wiele wysiłku w kampanię wyborczą i ratowanie czego się da, szczególnie wizerunku rządu, jednak nie możemy stwierdzić z pełnym przekonaniem, że jej rządy poprawiły jakość życia Polaków (wystarczy zapytać o to spacerując ulicą). Donald Tusk pozostawił partię, rząd w kryzysie, słaby wewnętrznie, nie wskazując właściwie silnego następcy. Śmiem przypuszczać, że po wyborach w partii rozpocznie się rywalizacja o władzę, co może bardziej podzielić jej członków i zapoczątkować rozłam.

Kto może wyjść zwycięsko z tej rywalizacji? Grzegorz Schetyna?

To bardzo prawdopodobne. To jeden z liderów Platformy, który skupia wokół siebie znaczną część jej członków. Albo stanie się liderem nowej formacji politycznej w przypadku rozpadu PO, albo będzie dążył do przejęcia władzy w partii. A jak wiemy relacje między Schetyną a Tuskiem były napięte już od dawna. Obaj panowie rywalizowali przecież o pozycję lidera. Wygrał silniejszy. Ewa Kopacz zapewne nie śpi spokojnie. Mimo, iż ambicje Schetyny zostały tymczasowo pohamowane teką ministra spraw zagranicznych, nie wiadomo jednak, na jak długo sytuacja jest opanowana. Poczekajmy na wyniki wyborów. Od nich zależy czy Schetyna będzie miał okazję do przejęcia buławy partyjnej, a także możliwość rozłamu Platformy. W tej chwili minister realizuje program rządu. W przyszłości będzie oczekiwał znacznie więcej i chętniej realizował własny plan.

                                                                                                                             Rozmawiał Radosław Święcki

Zapraszamy do komentowania

Poprzedni artykułPolacy i ich karty kredytowe
Następny artykułAsystent przedsiębiorcy już we wrześniu