– Praprzyczyną wielu problemów polskich przedsiębiorców jest zły system stanowienia prawa. Ustawy są przyjmowane na chybcika, a później okazuje się, że posiadają szereg mankamentów – mówi w rozmowie z portalem B2-biznes.pl Marek Kłoczko, wiceprezes Krajowej Izby Gospodarczej.
Krajowa Izba Gospodarcza obchodzi 25-lecie istnienia. Co przez ten czas udało się Państwu zrobić dla przedsiębiorców?
25 lat to szmat czasu, w tym okresie rzeczywistość gospodarcza zmieniła się, bez wątpienia na lepsze, choć oczywiście nie wszystkim się powiodło, wiele przedsiębiorstw upadło, co jest w biznesie zupełnie naturalne. W naszym kręgu kulturowym bankructwo firmy zwykło się traktować jako skazę, natomiast w innych kulturach, np. amerykańskiej, kogoś kto upadł, a następnie się podniósł, traktuje się jako kogoś wartościowego. Odpowiadając na pańskie pytanie, w ciągu minionego ćwierćwiecza udało nam się zbudować powszechny ruch izbowy, w tej chwili Krajowa Izba Gospodarcza skupia kilkadziesiąt organizacji regionalnych i lokalnych oraz ponad 60 organizacji branżowych. Do KIG należą również Izby bilateralne. Środowiska, które chcą być reprezentowane, są dość dobrze reprezentowane. Bardzo mocno wspieramy polskich przedsiębiorców na rynkach zagranicznych, co jest szczególnie istotne teraz, gdy firmy muszą wychodzić na dalsze rynki. Odgrywaliśmy istotną rolę przy promowaniu wejścia Polski do Unii Europejskiej, rozwiewaliśmy obawy przedsiębiorców, których przed akcesją nie brakowało. Udało nam się również zorganizować kilka dużych imprez, np. udział Polski w wystawie EXPO w RFN i Japonii. W ostatnich latach do naszych priorytetów dołączyliśmy pobudzanie innowacyjności w gospodarce, wspieranie kreatywności w zakładaniu firm w oparciu np. o fundusze europejskie. Rozwinęliśmy współpracę z wieloma uczelniami. Sukces Polski w najbliższych latach będzie zależał również od tego, czy nasze firmy potrafią konkurować na rynkach światowych, nie tylko niskimi kosztami i wrodzoną przedsiębiorczością ich właścicieli, ale także od tego czy potrafią wejść na wyższą półkę gospodarki innowacyjnej i konkurencyjnej.
Powiedział Pan o roli, jaką odgrywała Krajowa Izba Gospodarcza przed przystąpieniem Polski do UE. Czy naszą, już ponad 10-letnią obecność w strukturach unijnych ocenia Pan jednoznacznie pozytywnie?
Zdecydowanie tak, ale nie z powodu otrzymywania przez nas funduszy europejskich. Po pierwsze wdrożyliśmy europejskie procedury do zarządzania gospodarką. Przed wejściem do Unii mieliśmy najgorsze w Europie drogi, koleje, lotniska, w ogóle nie korzystaliśmy z tego, że jesteśmy krajem tranzytowym. Gdyby nie obecność w Unii, nie zbudowalibyśmy połowy tego, co mamy, nie tylko ze względu na brak pieniędzy, ale też brak procedur. Druga korzyść to wdrożenie europejskich standardów do gospodarki. Dzisiejsze sukcesy w eksporcie m. in. żywności są możliwe dlatego, że wdrażając normy unijne, polskie firmy musiały wdrożyć najbardziej nowoczesne technologie w Europie. Mając tradycyjne receptury i nowoczesne technologie, polskie produkty spożywcze stały się konkurencyjne. Jeżeli klient, zwłaszcza z bardziej odległych krajów wie, że polskie firmy spełniają normy unijne, to jest dla niego jasne, co to oznacza, przecież wielu z tych klientów nie jest w stanie wnikać w to, czym są polskie normy, jakie mają standardy etc.
Wydaje się, że umilkła nieco dyskusja dotycząca kwestii przystąpienia Polski do strefy euro. Jak w tym momencie zapatrują się na tę sprawę przedsiębiorcy?
Sprawa jest skomplikowana. Ci przedsiębiorcy, którzy prowadzą handel z zagranicą chcieliby, żeby Polska należała już do strefy euro. Patrząc jednak z punktu widzenia całej gospodarki; jeżeli do strefy euro wchodzi kraj, który nie ma gospodarki w pełni konkurencyjnej, to może to zabetonować możliwości jego rozwoju, co widzimy na przykładzie Grecji czy Hiszpanii. Polska gospodarka na dzisiaj nie jest na tyle konkurencyjna, aby przystąpić do strefy euro. Podzielam pogląd wielu ekspertów, iż obecnie wejście do euro jest kwestią bardziej polityczną niż gospodarczą. Trzeba też zaznaczyć, że niejasna jest przyszłość strefy euro. Zmienia się zarówno rzeczywistość polityczna, jak i sama strefa. Jeżeli będziemy rozwijać się w tempie ponad 3 proc. PKB rocznie, jeżeli będziemy potrafili pokonać problemy natury konstytucyjnej, bo przecież, aby przystąpić do euro należy zmienić konstytucję, a w chwili obecnej w Polsce nie ma jedności sił politycznych, skłonnych zmienić konstytucję…
Po jesiennych wyborach sytuacja ta może ulec zmianie…
Tak, choć nie sądzę by po najbliższych wyborach do Sejmu ukształtowała się większość, która będzie mogła zmienić konstytucję. Chyba, że nastąpi coś nieoczekiwanego w światowej gospodarce lub polityce.
Co na początku 2015 roku stanowi największą bolączkę przedsiębiorców?
Największym utrapieniem przedsiębiorców jest inflacja prawa. W Polsce prawo jest bardzo niestabilne, ustawy są przyjmowane na chybcika, a później okazuje się, że posiadają szereg mankamentów, wprowadza się poprawki do poprawek. Konia z rzędem temu, szczególnie małemu przedsiębiorcy bez służb prawnych, który połapie się w dziesiątkach tysięcy stron nowych ustaw, które właśnie są przyjmowane. Problemów jest dużo i praprzyczyną wielu z nich jest nie tyle złe prawo, co zły system stanowienia prawa. Bardzo często wprowadza się poprawki w trzecim czytaniu albo w Senacie, nie przeprowadza się analizy skutków regulacji prawnych. Inny wart odnotowania problem to brak dialogu między władzą publiczną a środowiskiem przedsiębiorców. Nie chodzi tylko o to, że od jakiegoś czasu nie funkcjonuje Komisja Trójstronna. Nie ma żadnych płaszczyzn dialogu między środowiskiem przedsiębiorców a władzą centralną, co powoduje, że wielu problemów nie rozwiązuje się, bądź nie dostrzega. Weźmy głośną ostatnio kwestię górnictwa. Rząd mógł przecież skonsultować się z ekspertami. Wystarczyło zadzwonić do wicepremiera Janusza Steinhoffa, który ma doświadczenie w reformowaniu górnictwa. Tak się nie stało. Mieliśmy do czynienia z typową arogancją władzy.
Ale o tym, że Komisja Trójstronna nie funkcjonuje zdecydowali związkowcy…
Bezpośrednio tak, ale pośrednią przyczyną było to, że zarówno „Solidarność”, jak i Pracodawcy RP zauważyli, że rząd traktuje Komisję Trójstronną bardzo instrumentalnie i tylko pozoruje prowadzenie konsultacji.
Ostatni moment, gdy władza dobrze współpracowała ze związkami zawodowymi, to chyba okres rządów AWS-u, co nie dziwi, bo „Solidarność” była istotnym elementem ówczesnego układu rządzącego…
Tak, ale nie tylko dlatego. Proszę zwrócić uwagę, że tamta ekipa przeprowadziła cztery bardzo trudne reformy, bez większych napięć społecznych. Prowadzono wtedy konsultacje na różnych szczeblach. Rząd brał duże ryzyko na siebie…
Zapłacił ogromną cenę polityczną za przeprowadzone wówczas reformy…
Tak, lecz mimo to nie bał się podejmowania niepopularnych reform, choć oczywiście można dyskutować, na ile okazały się one udane, a na ile nie. Część okazała się nieudana, dlatego, że następne rządy ich nie kontynuowały.
Mówimy o rządach AWS-u sprzed 15 lat, a gdybyśmy popatrzyli szerzej. Czy przez te 25 lat politycy bardziej szkodzili, czy pomagali biznesowi?
Na pewno nie postawiłbym tezy, że szkodzili świadomie. Jedni pomagali, a inni nie. Jeśli jednak popatrzymy na sukcesy Polski na tle innych krajów, to trzeba powiedzieć, że nasza klasa polityczna nie jest najgorsza. Polska uniknęła wielu problemów, których nie uniknęli Węgrzy czy kraje bałtyckie. Chciałbym zwrócić uwagę, że oprócz klasy politycznej sprawdziła się również konstytucja z 1997 r. Wprowadziła progi oszczędnościowe, dzięki czemu, gdyby do władzy doszła ekipa demagogów, to nie mogłaby szaleć. Gdyby zadłużenie przekroczyło 60 proc. rząd musiałby podać się do dymisji, co zniechęca rządzących do rozdawnictwa.
Czy gdyby tego progu nie było, byłyby wśród naszych polityków zakusy do rozdawnictwa?
Myślę, że tak. Kilka razy zbliżano się u nas do progu 55 proc.
Jak dziś wyglądają relacje na linii biznes-politycy? Był czas, szczególnie po Aferze Rywina, Aferze Orlenu, gdy politycy wręcz uciekali przez biznesem.
Politycy popełnili jeden podstawowy błąd. W latach 90. były bardzo dobre relacje między politykami a organizacjami biznesowymi, natomiast na początku tego wieku u wielu polityków pojawiła się pokusa, aby nie rozmawiać z organizacjami, tylko docierać bezpośrednio do poszczególnych przedsiębiorców.
I spotykać się z nimi na cmentarzu…
I właśnie to było niezdrowe, że politycy chcieli pójść na skróty, a nie rozmawiać z przedsiębiorcami jako ze środowiskiem przedsiębiorców.
Jak jest dzisiaj?
Na pewno relacje środowisk biznesu z politykami nie są tak dobre, jak w latach 90., ale lepsze niż np. w latach 2005-2007. U polityków powoli przechodzi fobia, że kontakt z biznesem z natury budzi podejrzenia.
Koniec pierwszej części rozmowy. W części drugiej m.in.: czy przedsiębiorcy odczuwają obawy w związku z sytuacją na Ukrainie? Co z polityki gospodarczej Victora Orbana można przenieść na nasz grunt? Jaki jest obecnie wizerunek Polski na świecie?
Rozmawiał Radosław Święcki


Dodaj komentarz
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.