Muzyka jest bardziej sezonowa od restauracji

0
188
koscikiewicz

koscikiewiczJeśli ludzie mieliby przychodzić do restauracji, wyłącznie dla osoby znanej, to przyszliby pewnie tylko raz mówi w rozmowie z portalem b2-biznes Marek Kościkiewicz, muzyk, producent, współwłaściciel restauracji Basico.

Skąd pomysł otworzenia własnej restauracji?

Wszystko zaczęło się od momentu, kiedy poznałem Adama Przybysza, który był wówczas szefem kuchni w jednej z restauracji mieszczącej się w Miasteczku Wilanów. Adam zawsze był osobą, która prowadziła otwartą kuchnię, potrafił nawiązać fajny kontakt z gośćmi i w trakcie jednej z rozmów pojawiła się sugestia, że gdyby chciał otworzyć coś swojego, to moglibyśmy zostać wspólnikami.

To było dwa lata temu…

Tak, to był początek 2013 r. Adam myślał o własnej restauracji, ja zaś miałem już pewne doświadczenia związane z winem i chciałem je wykorzystać komercyjnie. Szukaliśmy odpowiedniej lokalizacji na Wilanowie, ponieważ tu mieszkam, a praca w restauracji wymaga stałego kontaktu z klientem, więc nie bez znaczenia było to, że będę miał blisko domu i w każdej chwili będę mógł przyjść, zobaczyć co się dzieje.

Nie żałuje Pan tego przedsięwzięcia?

Nie. To miejsce przyjęło się na Wilanowie, zresztą przyjeżdżają tutaj osoby nie tylko z Wilanowa. Sam zanim otworzyłem restaurację bardzo często gościłem w restauracji u Roberta Mielżyńskiego , która mieści się niestety daleko, po drugiej stronie Warszawy, więc w grę wchodziły dojazdy, poza tym, gdy chciałem wypić lampkę wina, to trzeba było zamawiać taksówkę. Wszystko to było trochę kłopotliwe. Pomyślałem, że potrzebne jest w tej części Warszawy miejsce, gdzie można napić się wina, zjeść coś dobrego.

Podkreśla Pan rolę Adama Przybysza, a w jakiś sposób promuje Pan restaurację poprzez swoją osobę, to, że jest Pan rozpoznawalnym muzykiem?

To, że jestem muzykiem, to jest w tym wypadku jedynie pewna ciekawostka. Najważniejsze jest to, co się podaje i to co się je. Przyznam się Panu, że niejednokrotnie widziałem zaskoczenie gości, widzących, że się tutaj udzielam, że nie mam problemu z tym, by pomagać kelnerom jak jest duży ruch…

Osobiście przynosi Pan gościom zamówienie?

Zdarza się, że ruch jest tak duży, że przydaje się każda para rąk. Jestem tutaj gospodarzem, a przecież gospodarz, gdy zaprasza gości, to po nich sprząta, także nie mam z tym problemu. Wracając do Pana pytania, jeśli ludzie mieliby przychodzić do restauracji wyłącznie dla osoby znanej, to przyszliby pewnie tylko raz. Znane są przypadki projektów, które upadły dlatego, że ludzie przychodzi tam tylko ze względu na to, że były firmowane przez celebrytę, a często zdarzało się, że przychodzili, a jego tam nie było. Ja staram się być tutaj obecny, jak najczęściej, ale zajmuje się jeszcze innymi rzeczami…

No właśnie, więcej czasu zajmuje dziś Panu restauracja czy muzyka?

Zdecydowanie częściej jestem tutaj, choć oczywiście nadal zajmuje się muzyką i jeśli mam np. koncert, to jestem zastępowany przez mojego wspólnika.

Jak jest z frekwencją? Zakładał Pan restaurację w 2013 r., czyli w momencie dość trudnym dla polskiej gospodarki. Teraz mamy poprawę, czy odczuwa ją Pan z punktu widzenia właściciela restauracji?

Odczuwam poprawę z kilku względów. Coraz więcej ludzi dowiaduje się, że istniejmy, liczba naszych gości bardzo szybko wzrasta. Mój znajomy, który też jest właścicielem knajpy, powiedział mi kiedyś, że sukces restauracji to odpowiednie proporcje między jakością jedzenia a ceną. W weekendy mamy tak duży ruch, że przychodzą ludzie i nie mogą znaleźć miejsca, idą na spacer, wracają po 40 minutach, cierpliwie czekając na stoik.

Polacy wolą w weekend iść na obiad do restauracji niż przygotowywać go w domu?

Myślę, że jest to kwestia zmiany przyzwyczajeń nowego pokolenia ludzi, którzy rozpoczęli życie zawodowe, zarabiają i stać ich na jadanie w restauracji. Często jest też tak, że ciężko pracują i zwyczajnie nie mają czasu na gotowanie. Wydaje mi się, że na rynku jest jeszcze wiele miejsca na nowe restauracje, na wiele dobrego, nowego jedzenia.

A w miejscu, w którym rozmawiamy, na Wilanowie, dużą macie państwo konkurencję?

Nie nazwałbym tego konkurencją, na Wilanowie jest wiele różnych miejsc. Z racji tego, że dania z naszych produktów są na wysokim poziomie, nie doskwiera nam konkurencja. Należy pamiętać jednak, że Miasteczko Wilanów wciąż się rozwija.

Jakie są różnice między zarządzaniem restauracją a zarządzaniem firmą fonograficzną?

Istnieją duże podobieństwa w kwestii gospodarowania pieniędzmi, podatków. Jeżeli restauracja ma dobrą ofertę i dobrego szefa kuchni to nie trzeba specjalnie się martwić o klienta. Jeśli chodzi o muzykę to w tej branży trzeba bardzo mocno promować to, co się robi. Muzyka jest rzeczą bardziej sezonową niż restauracja, choć tutaj też mamy do czynienia z modami, np. na wystrój knajp, teraz jest moda na industrialne restauracje, bez obrusów, by ludzie mogli czuć się swobodnie. Praca w restauracji jest o tyle trudniejsza, że wymaga zaangażowania od godz. 10.00 do 22.00. Na szczęście jest nas dwóch i możemy się jakoś uzupełniać, wygospodarować chociaż jeden dzień wolny w tygodniu.

Tutaj w odróżnieniu od pracy w firmie fonograficznej nie współpracuje Pan z artystami, ludźmi pewnie często trudnymi?

No właśnie. W biznesie muzycznym przygotowuje się tyle projektów, żeby te lepsze zarabiały na te, które mniej rokują. Mówi się, że w Hollywood jeden film zarabia na dziesięć…

Pan kierował firmą fonograficzną w czasach, gdy Polska muzyka cieszyła się ogromną popularnością, płyty sprzedawały się w półmilionowym nakładzie…

To były czasy, kiedy muzyka odgrywała trochę inną rolę niż obecnie, była częścią polityki, jakiejś wypowiedzi, częścią buntu, stąd rozwój różnych subkultur ściśle powiązanych z muzyką. Dziś jest bardziej przyjemnością.

W jednym z wywiadów przyznał Pan, że założył restaurację dlatego, że zarobki muzyka nie są regularne. Z czego dziś utrzymują się polscy muzycy? Koncerty? Bo ze sprzedaży płyt już raczej nie?

Głównie koncerty. Współczesna fonografia przeżywa ogromny kryzys. Kiedy przeszliśmy z płyt winylowych na płyty kompaktowe i udało nam się wyprzeć z rynku masowo piratowane kasety, wydawało nam się, że złapaliśmy Pana Boga za nogi, bo był to zdawało się nośnik nie do podrobienia. Myliliśmy się. Pojawił się internet. Nieskrępowany dostęp do muzyki spowodował to, że nakłady płyt zaczęły drastycznie spadać. Kiedyś wykonawcy sprzedawali w Polsce nawet 700 tys. płyt, teraz 3 tys. jest uznawane za sukces.

By otrzymać dziś złotą płytę wystarczy sprzedać 15 tys. egzemplarzy, a jeszcze niedawno, gdy krążek popularnego wokalisty osiągał taki nakład, wieszczono jego koniec…  

Kiedyś produkowaliśmy 15 tys. egzemplarzy płyty tylko na start. Dziś sprzedaż takiego nakładu to wielki sukces. Obecnie duże amerykańskie firmy zaczęły myśleć o nowym systemie pracy z muzykami i podpisują kontrakty w taki sposób, że czerpią dochody z całej działalności danego artysty, np. reklam, występów telewizyjnych, koncertów. Taki kontrakt nazywany jest 360.

Polscy artyści są w stanie zarobić poważne pieniądze na samych koncertach?

Są artyści, którzy zarabiają. Co ciekawe, najwięcej koncertują dziś zespoły popularne w latach 80. i 90., czyli wykonawcy z repertuarem. Młodzi wykonawcy z jednym przebojem na koncie nie są w stanie zbudować repertuaru koncertowego. A przez to, że nie przyciągną dużej publiczności, nie zarobią większych pieniędzy.

Ale wspomniane przez Pana zespoły z lat 80. czy 90. często koncertują dziś w zupełnie innym składzie, niejednokrotnie z macierzystego składu zostaje jedna osoba…

Tak bywa. Ale proszę zwrócić uwagę, że najszybciej sprzedającymi się na świecie trasami koncertowymi są trasy zespołów The Rolling Stones i U2.

Współpracuje Pan dziś z osobami, które brały udział w programach typu talent show. Bez wątpienia programy te pomagają młodym, zdolnym ludziom, ale można odnieść wrażenie, że zostawiani są oni potem sami sobie, a telewizja zaczyna szukać nowych ludzi…

Jeżeli model programu polega na współzawodnictwie ludzi i w dodatku jest okraszony surowymi opiniami jurorów, to trudno to potem przenieść na normalne życie. Ale lepszy rydz niż nic, jestem szczęśliwy, że tego typu programy istnieją, pozwalają one nam wyłowić naprawdę zdolnych ludzi. Potem to jest już kwestia tego, jak przemysł muzyczny wykorzysta talent tych osób i niestety nie wygląda to najlepiej, co moim zdaniem źle świadczy o tym przemyśle. Na kiepską sytuację polskiego przemysłu muzycznego bez wątpienia wpłynęło to, że zaczął on być w pewnym momencie przejmowany przez kompletnych laików, ludzi nie mających pojęcia o muzyce, widzących w niej wyłącznie pieniądze. Myśleli, że wydając pieniądze na byle co, można sprzedać wszystko, co okazało się kompletną bzdurą i dużo pieniędzy zostało w ten sposób utopionych. Zbyt późno dostrzegli oczekiwania konsumenta wobec internetu. Ci ludzie po prostu nie czuli tego biznesu, nie rozumieli pewnych procesów muzycznych, traktowali sprzedaż muzyki jak handel produktami codziennego użytku. Sam na swojej drodze spotykałem ludzi, którzy zajmowali się tego rodzaju działalnością przed pracą w biznesie muzycznym.

Jako wieloletni fan zespołu De Mono chciałem zapytać, czy jest szansa, że pojawi się Pan jeszcze na jednej scenie z Andrzejem Krzywym i kolegami?

To, że stało się tak, jak się stało, to nie jest mój wybór. Mam wrażenie, że Andrzejowi przewróciło się trochę w głowie, zabrakło mu refleksji w kilku kwestiach, np. repertuaru. Gra koncerty, tylko czy ma co na nich śpiewać, poza stworzonymi przeze mnie piosenkami? Fakt, że skierował przeciwko mnie sprawę do sądu, zmusił mnie do tego, że musiałem „wyłączyć” mu z repertuaru ponad 20 piosenek mojego autorstwa. To, że istnieją w tej chwili de facto dwa zespoły pod nazwą De Mono, nie jest oczywiście komfortową sytuacją, jest to sytuacja przymusowa, ale wierzę w siłę tego repertuaru, poza tym przypomnę, że występuję w składzie z kolegami, z którymi zakładałem De Mono.

Jak ocenia Pan zaangażowanie polityczne Pana kolegi po fachu Pawła Kukiza?

Podoba mi się sam fakt, że Paweł się tak angażuje. Dzięki niemu dyskusja na temat naszego kraju ma szansę być bardziej merytoryczna , mówi też o niewygodnych dla polityków sprawach. Wydaje mi się, że Kukiz jest na tyle mądry, że zdaje sobie sprawę, że to, co robi, jest jednak rodzajem prowokacji…

Nie pójdą za tym dalsze kroki, np. budowa własnej partii i start do Sejmu?

Jeżeli spotka polityków, którzy będą chcieli z nim współpracować, to tak. Wydaje mi się, że polityk to jest zawód, który wymaga doświadczenia, wieloletniej pracy. Zbudowanie własnego zaplecza, własnej organizacji to z tego co wiem zadanie niezwykle czasochłonne, a poza tym kosztowne. Trzeba też zauważyć, że mamy raczej mało otwarty rynek partyjny, graczom, którzy w nim już są, zależy na tym, aby ten stan rzeczy utrzymywał się jak najdłużej. Co w tej sytuacji może zrobić Kukiz? Może pojątrzyć, zgarnąć część elektoratu jakiejś partii, ale pytanie z kim, no i kto to będzie finansował? Kukiz to mądry człowiek, wie co mówi, jego sukces wiele osób zaniepokoił i teraz usiłuje się go zdyskredytować i zrobić z niego wariata.

                                                                                                                             Rozmawiał Radosław Święcki

    

 

Zapraszamy do rejestracji i komentowania na naszym portalu

     http://www.b2-biznes.pl

 

 

 

Poprzedni artykułWysokie opłaty za prąd
Następny artykułPolacy nie gromadzą oszczędności