
Food trucki bazują na produktach z najwyższej półki. Mam do nich tak duże zaufanie, że nawet rocznemu dziecku jestem w stanie podać jedzenie z food trucka! Natomiast Polacy wciąż nie do końca ufają food truckom, dlatego, że kojarzą nas z szybkim i śmieciowym żarciem. Takie stereotypowe myślenie zostało po erze budek z zapiekankami. Mimo to foodtruckowcy systematycznie pracują nad swoją marką – zapewniają w rozmowie z portalem b2-biznes.pl Anna Maja i Arkadiusz Wasilewscy, właściciele Sokowirówki Food Truck.

Skąd się wziął pomysł na food trucka i dlaczego postawiliście na slow food?
Anna Maja Wasilewska: Odkąd pamiętam uwielbiam gotować. A w mojej kuchni od dawna króluje filozofia slow food, którą najogólniej można scharakteryzować stwierdzeniem “dajemy to, co najlepsze z natury”. Innymi słowy serwujemy, to co sezonowe, regionalne i zdrowe. Będąc pewnego razu na zlocie food trucków zjedliśmy sobie bardzo dobrego slowfoodowego hamburgera i chcieliśmy coś wypić. Niestety we wszystkich food truckach były tylko napoje gazowane… Wtedy dostrzegliśmy niszę – nie ma food trucka, który sprzedaje zdrowe soki! I tak właśnie powstała idea Sokowirówki.
Jak długa była droga od pomysłu do rozpoczęcia działalności?
A.M.W.: Droga była długa, ponieważ wszystko trwało mniej więcej 1,5 roku. Dlaczego tak długo? Robiliśmy wszystko własnymi rękami od podstaw. Bazowaliśmy na tym, że szwagier jest mechanikiem, a mąż z teściem, to przysłowiowe złote rączki. Działaliśmy powoli i swoimi metodami. W międzyczasie zaszłam również w ciążę i urodziłam córeczkę, co kompletnie wywróciło nasze życie i plany do góry nogami. Mimo trudności na początku nie poddaliśmy się i teraz z powodzeniem prowadzimy działalność.
Czy Polacy dojrzeli do slow food? Przecież wśród food trucków dominuje jedzenie typu fast food.
A.M.W.: Społeczeństwo jest podzielone na różne grupy. Wszystko zależy do jakiej grupy społecznej adresujemy naszą ofertę. Jest coraz większa grupa ludzi świadomych, dla której zdrowe odżywianie, to nie moda ale ogromna wartość. Nie zgodzę się z Pana poglądem o dominacji fast foodów wśród food trucków. Z naszych doświadczeń wynika, że przeważa slow food, co najwyżej serwowany w wersji „fast”, bo dzisiejszy Klient wymaga od nas doskonałej jakości podanej w jak najkrótszym czasie.
Food trucki bazują na produktach z najwyższej półki. Mam do nich tak duże zaufanie, że nawet rocznemu dziecku jestem wstanie podać jedzenie z food trucka. Natomiast Polacy wciąż nie do końca ufają food truckom, dlatego, że kojarzą nas z szybkim i śmieciowym żarciem. Takie stereotypowe myślenie zostało po erze budek z zapiekankami. Mimo to foodtruckowcy systematycznie pracują nad swoją marką.
Arkadiusz Wasilewski: Należy pamiętać, że za food truckami przemawia ich otwartość, czego potwierdzeniem jest to, że jedzenie jest przygotowane w obecności Klienta, co daje przewagę nad restauracjami czy barami.
Do kogo Państwo kierują ofertę?
A.M.W.: Jeździmy po wszystkich większych imprezach typu zloty foodtruckowe, imprezy organizowane przez miasto czy prywatne inicjatywy. Naszymi klientami są osoby poszukujące zdrowej żywności, prywatne firmy oraz uczestnicy zlotów foodtruckowych.
Food Truck to biznes na cały rok?
A.M.W.: Zależy z jakim menu. My przykładowo, jesteśmy bardzo uzależnieni od pogody i zauważamy, że wraz z jej pogorszeniem ludziom spada ochota na zimne, świeżo wyciskane soki. Podobnie mają food trucki z lodami i ofertą „na zimno”. Natomiast w przypadku Sokowirówki jest trochę łatwiej, ponieważ zima to okres, gdzie naszymi klientami są głównie firmy i ich imprezy wewnętrzne. Zdrowe soki przenoszą się wtedy „pod strzechy”. Bez food trucka ale ze stanowiskiem stacjonarnym. Także docelowo działamy całorocznie.
Jakie trzeba spełniać wymagania, żeby móc prowadzić działalność jako food truck?
A.M.W.: Przede wszystkim trzeba posiadać pozwolenie sanepidu.To jest tak naprawdę wszystko, albo aż wszystko jeśli chodzi o wymogi. Przepisy odnośnie przygotowania samochodu do sprzedaży są do pokonania, niestety są inne ograniczenia utrudniające prowadzenie tego typu działalności. Nie możemy postawić food trucka gdzie chcemy, i to jest dla nas problematyczne. Dla porównania weźmy przykład Nowego Jorku, gdzie jest możliwość sprzedaży na każdej przecznicy i nikomu to nie przeszkadza. W Polsce można postawić food trucka jedynie podczas imprezy zorganizowanej lub dzierżawić miejsce na terenie prywatnym. Na szczęście pojawia się coraz więcej różnych alternatyw. Korporacje i firmy coraz przychylniej patrzą na food trucki udostępniając im miejsce pod biurowcami.
Jak według Państwa rynek food trucków będzie się kształtował? Czy zdominują go więksi gracze czy jednak mniejsi się obronią?
A.M.W.: Zdecydowanie optuję za przewagą tych mniejszych firm, gdyż one są gwarancją tego wyjątkowego smaku i jakości. Jeżeli coś się robi większe, masowe to z jakością też bywa różnie. Jeśli chodzi o naszą konkurencję to mamy dobrze, bo jesteśmy chyba jedynym food truckiem tego typu w Warszawie. W zasadzie jedyną naszą mobilną konkurencją jest lemoniada sprzedawana z rowerów i komercyjne napoje słodkie i gazowane sprzedawane z food trucków. Na szczęście rynek nie zdążył się póki co nasycić, więc spokojnie starcza spragnionych Klientów dla każdego.
Czy mają Państwo w planach wyjść z działalnością poza Warszawę?
A.M.W.: Planujemy, choć są pewne ograniczenia techniczne. Następnym etapem jest prawdopodobnie lokal, nie zaś większa ilość food trucków.
Jakich potrzeba pieniędzy, żeby rozpocząć taką działalność?
A.W.: To wszystko zależy od wizji. Czy ktoś chce tak jak my wszystko robić od początku własnymi siłami czy ktoś będzie chciał kupić samochód zaprojektowany przez profesjonalną firmę. W tym drugim przypadku, to są nawet kilkukrotnie większe pieniądze.
A.M.W.: Foodtruckowcy dzielą się głównie na tych, którzy biorą kredyty i kupują nowe samochody oraz na tych którzy kupują z rynku wtórnego i robią wszystko własnymi rękami, aby zminimalizować koszty i bądź co bądź – ewentualne ryzyko porażki. Jedni będą potrzebować 30 tysięcy złotych, a inni nawet 300 tysięcy złotych.
A.W.: My zdecydowaliśmy się kupić nieduży samochód. W ten sposób zmieściliśmy się w przedziale 30-50 tysięcy zł łącznie ze sprzętem do wyciskania soków.
A.M.W.: Trzeba ocenić realnie zasoby, które się posiada. Wtedy biznes się opłaca. Nie zatrudniamy wielkiej ilości ludzi, staramy się jak najwięcej robić sami. Oczywiście w sezonie korzystamy z pomocy naszych, sprawdzonych pracowników. Bez nich nie dalibyśmy rady!
Prowadzicie biznes rodzinny. To był wolny wybór czy konieczność?
A.M.W.: Od samego początku zakładaliśmy, że chcemy tworzyć Sokowirówkę razem. Arek to fundament techniczno – logistyczny, ja odpowiadam za całą kulinarną sferę. Doskonale się uzupełniamy. Oczywiście, jakby się uprzeć, dałoby radę bez rodziny, ale nie miałoby to większego sensu. Rodzina jest ogromnym wsparciem, docenianym zwłaszcza, gdy na czas pracy możemy zostawiać dziecko pod opiekę dziadkom.
Czy oprócz dużych miast można funkcjonować w mniejszych miastach i miasteczkach?
A.M.W.: Tak. Dobrym przykładem jest Kalisz, gdzie władze miasta organizują wydarzenia, na które zapraszają food trucki z innych miast. Ale moda na food trucki rozprzestrzeniła się już po całej Polsce. Zloty organizowane są wszędzie, zwłaszcza tam, gdzie znajdują się Galerie Handlowe, które tego typu imprezy traktują również jako swoją promocję. Powoli, co raz bardziej ludzie przekonują się do food trucków. I to jest super!
Rozmawiał Mateusz Wrzosek
