Protesty na Białorusi: „darmozjady” i „nieroby” przeciwko Łukaszence

Środa była kolejnym dniem protestów na Białorusi. W manifestacjach w Mińsku, Grodnie i Mochylewie brało udział tysiące Białorusinów. Zdaniem komentatorów, protesty przeciw „podatkowi od darmozjadów” mogą szybko nabrać politycznego zabarwienia.

protesty na białorusi

W środę, o 18 czasu białoruskiego na ulicę tamtejszych miast wyszło tysiące obywateli. To kolejna fala manifestacji, które przetaczają się przez kraj od połowy lutego i mają trwać aż do końca marca.

Białorusini jednoczyli się w protestach, żeby wyrazić sprzeciw przeciwko dekretowi prezydenta Aleksandra Łukaszenki. Prawo zasłynęło wśród mieszkańców jako ustanawiające „kary za bezrobocie” czy wprowadzające „podatek od darmozjadów”. W rzeczywistości, na jego mocy, mieszkaniec Białorusi, jeżeli pozostaje bez pracy przez dłużej niż 183 dni w roku, zmuszony będzie do zapłaty dodatkowego podatku.

Ocenia się, że w protestach brały udział tysiące osób, znacznie więcej niż się spodziewano. Już wcześniej, kiedy szacowano, że na ulice wyjdą setki osób, Andrzej Poczobut, korespondent Gazety Wyborczej na Białorusi, zauważał, że jak na ten kraj należy manifestacje uznać za duże. Trzeba pamiętać, że Białorusinom już za samo wyjście na Plac Centralny w Mińsku grozi możliwość aresztu na 15 dni.

Zdaniem środowisk zajmujących się ochroną praw człowieka, od początku marca w sądach miało się obowiązkowo stawić ponad sto osób. Liderów opozycji, stojących za organizowaniem manifestacji, skazywano na areszt lub wysokie grzywny.

Władze białoruskie podjęły liczne działania prewencyjne, żeby pomniejszyć skalę protestów. Zdaniem Poczobuta, władza chciała zastraszyć potencjalnych uczestników manifestacji.

Tłumienie protestów

W przedsiębiorstwach tworzono tzw. Działy Ideologiczne. Ich członkowie prowadzili „rozmowy” z pracownikami, w których stawia się jasno, że wzięcie udziału w manifestacji będzie dla zatrudnionego równało się nieprzedłużeniem kontraktu z firmą. Zajęcia na uczelniach są przenoszone na popołudniowe godziny, by uniemożliwić studiującym zaangażowanie w opozycyjne działania. Od studentów odbiera się pisemne zobowiązania, że nie przyłączą się do protestujących.

Zdaniem Poczobuta, widać wyraźnie – wbrew opinii panującej na zachodzie, że ludzie na Białorusi przestają się bać. Choćby po fakcie, że obywatele zaczynają wypowiadać się w mediach. W ocenie korespondenta, propaganda Łukaszenki ma coraz mniejszy wpływ na ludność, szczególnie w sytuacji, gdy zaczyna się im powodzić coraz gorzej.

Białoruskie społeczeństwo wobec tego, że od dwóch lat sytuacja kryzysowa utrzymuje się, widzi, że jedynym wyjściem dla gospodarki jest podjęcie reform.

Komentatorzy zauważają, że niezadowolenie wśród Białorusinów narastało w ciągu ostatnich kilku lat. Od dwóch lat kraj walczy z kryzysem gospodarczym, który wpływa na obniżenie dochodów przeciętnego mieszkańca. Ceny na ropę zmalały, a dotacje z Rosji zostały zmniejszone. Zdaniem Andrzeja Poczobuta, społeczeństwo przestało wierzyć w zdolność reżimu Łukaszenki do zaradzenia narastającemu ubóstwu.

„Jeśli ludzie demonstrują nawet w takich małych miastach jak Pińsk, Bobrujsk, czy Baranowicze, a do tego mówią to, co tam mówią, to musi być dla reżimu niepokojące. To świadczy o tym, że przeciwko Łukaszence jest już większość Białorusinów.” – oceniał w rozmowie z WP Aleś Zarembiuk, prezes organizacji Białoruski Dom w Warszawie

Oprócz opozycji, która zawsze staje naprzeciw reżimowi, na ulicę wychodzą ludzie  do tej pory popierający Łukaszenkę. I to właśnie, zdaniem obserwatorów, wskazuje na patową sytuację prezydenta, który być może stanie przed koniecznością użycia siły wobec własnego elektoratu.

Największe protesty dopiero nadejdą

Szczególnie, że największe manifestacje organizatorzy zapowiadają na 25 marca. Data jest nieprzypadkowa, bo w ten dzień białoruska opozycja obchodzi, nieuznawane oficjalnie, Święto Niepodległości. W związku z narastającym niezadowoleniem przewiduje się, że grupa protestujących będzie stale rosnąć w siłę.

W związku z tym powstaje pytanie, czy odpowiedź władz nie będzie coraz bardziej stanowcza. Komentatorzy przypominają, że reżim Łukaszenki od dawna nie stosował już aresztowań w stosunku do ludności, ale w razie potrzeby- nie będzie oporów przed sięgnięciem po drastyczne środki, jak przed kilkoma laty.

Chodzi przede wszystkim o sytuacje z 2011 r., kiedy wielka fala protestów przeszłą przez Białoruś. Pomimo gróźb i przekonania urzędującego prezydenta, że nie odbędą się żadne demonstracje, kontrkandydaci Łukaszenki i przywódcy demokratycznej opozycji w trakcie trwających wyborów wzywali swoich zwolenników do licznego przybycia na plac Październikowy. Tam mieli wspólnie rozpocząć manifestację przeciwko sfałszowaniu wyborów. Niektórzy z białoruskich politologów sugerowali wtedy, że w zależności od siły demonstracji w kraju może dojść do rewolucji, a prezydent Łukaszenko może być zmuszony do ucieczki z kraju. Jednak protesty zostały brutalnie stłumione.

A dzisiejszy manifestujący, obok haseł socjalnych coraz częściej skandują też polityczne. Podczas zgromadzeń nie boją się krzyczeć „Łukaszenka musi odejść”. Dlatego Zarembiuk obawia się, że „jeśli Łukaszence puszczą nerwy to może się skończyć tak, jak w grudniu 2010 roku. Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie.”- dodaje.

 

(źródło: Światopodgląd TOK FM, wp.pl; grafika: interia.pl)

Polecane artykuły

Dodaj komentarz

Adres email nie będzie publikowany